Coliotka miała dopiero rabo wrócić z pracy, kazała wcześniej zrobić Kasprowi i mi zakupy. Zrobiła długą listę, więc pojechaliśmy samochodem. Nagle niebo zakryły ciemne chmury. Po chwili zaczęł padać, nie była to ulewa, ale ulice były bardzo śliskie. Jechaliśmy więc ostrożnie. A ja byłam pod wrażeniem, że Kasper jechał ze mną...a dokładniej ja z nim (on kierował, swoim autem) ale jednak. Nagle usłyszeliśmy głośny, przenikliwy dźwięk. Klakson, samochodu dostawczego. Nie wyrobił na zakręcie i bokiem sunął w naszą stronę. Kasper skręcił...za późno. Wpadliśmy do rowu, a auto przygniótł drugi pojazd.
***
Żyłam. Byłam przytomna, bolałe mnie strasznie ręka, ale dało się znieść. Gorzej było z Kasprem, zarył głową w kierownicę, za nim otworzyła się poduszka...krew powoli sączyła się z jego czoła. Stracił przytomność. Nagle coś zaczęło mi migać na niebiesko i czerwono, później dotarł do mnie dźwięk karetki. Siedziałam spokojnie. Wiedziałam, że nie mogę panikować, tym bardziej wolałam się nie ruszać, jeszcze pogorszyłabym naszą sytuację...
Maks?
Brak komentarzy
Prześlij komentarz